Święty Ziemi Kłodzkiej ks. Gerhard Hirschfelder 1907-1942

Gerhard Hirschfelder o cierpieniu cz.2

0

Skąd pochodzi cierpienie? ŁK 9, 2-3

Grzechy, które powodują bezpośrednią karę (lenistwo, pijaństwo, gniew…). Cierpienie jest zatem następstwem grzechu, bo czyż Bóg powinien oszczędzić nam wszelkich kar aż do Sądu Ostatecznego?

Ten fragment jest bardzo ciekawy, ponieważ ks. Gerhard Hirschfelder podejmuje się wyjaśnienia bardzo złożonego zagadnienia, jakim bez wątpienia jest „pochodzenie cierpienia”. I pisze, że jest ono następstwem grzechu. Trudno jednak te dwa zdania traktować, jako całość poglądów księdza, czy też jako całościowe wyjaśnienie problematyki pochodzenia cierpienia. Oczywiście „grzechy, które powodują bezpośrednią karę” jak najbardziej są przyczyną cierpienia. Wymienione trzy grzechy zawsze mają swoje konsekwencje, które prowadzą do nieprzyjemnych dla nas stanów. Przykładem może być pijaństwo, czy w ogóle nie poszanowanie swojego ciała, które przecież powinno być świątynią (zażywanie narkotyków, palenie papierosów). W konsekwencji prowadzi to najczęściej do problemów zdrowotnych, do słabego komfortu życia z powodu np. otyłości czy słabej kondycji, do degradacji wyglądu człowieka i zaburzenia jego procesów myślowych. Wiele osób popada też w uzależnienie, z którego niezwykle trudno jest wyjść. Jest tutaj linia prosta pomiędzy przyczyną – grzechem, a skutkiem – cierpieniem. Często mamy pretensje do pana Boga czy do losu, o nasze cierpienie czy problemy, nie chcąc dostrzec, że swoim wcześniejszym zachowaniem, swoim wcześniejszym grzeszeniem, sami te cierpienie na siebie sprowadziliśmy. Zamiast dostrzec swoją winę, i przyczynę we własnych grzechach, wolimy pytać pana Boga „dlaczego ja?”. Grzech chciwości prowadzi do angażowania się nieraz w podejrzane, ryzykowne interesy, nie do końca moralne i czyste, z nieraz podejrzanymi ludźmi. Konsekwencją są najczęściej problemy finansowe, nieraz ruina. To kolejny przykład. Nie pytajmy Boga „dlaczego ja”. Weźmy winę na swoje barki, przyznajmy że nasze cierpienie to wynik naszych grzechów, przeprośmy Boga i okażmy skruchę. To jedyna, uczciwa droga.

Natomiast osobiście nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem: bo czyż Bóg powinien oszczędzić nam wszelkich kar aż do Sądu Ostatecznego? Myślę, że Bóg nie daje nam kary w naszym życiu doczesnym, lub też czyni to ekstremalnie rzadko. Myślę, że Bóg po prostu tak skonstruował ten nasz ziemski świat, że nasze czyny mają konsekwencje. Możemy popełniać błędy, ale one będą skutkować cierpieniem, „karą”. Nie jest ona bezpośrednio nadawana przez Boga, jest czymś niemal tak oczywistym jak prawa fizyki. Jak rzucimy jabłko w przepaść, to ono leci w dół, zgodnie z nienaruszalnymi prawami fizyki, z prawem grawitacji. Na tej samej nienaruszalnej zasadzie nasze grzechy mają rezultat w cierpieniu. I nawet jeśli wydaje się, że komuś uchodzi na sucho popełnianie grzechów, że jest szczęśliwy, odnosi sukcesy, to pamiętajmy, że cierpienie przychodzi w różnych postaciach, nie zawsze widocznych gołym okiem. Złodziej który ukradł dużo pieniędzy i uniknął złapania, być może jest majętnym człowiekiem, ale jego życie jest mizerne. Cały czas żyje w strachu, że jego przestępstwo wyjdzie na jaw. Jak to się mów „ogląda się przez ramię”. Nie ma spokojnego snu, obawia się kolejnego dnia. Czy to będzie ten dzień, kiedy ziemska machina sprawiedliwości go dopadnie? Nie ma spokoju ducha. Czy jakiekolwiek pieniądze są warte takiego egzystowania? Ponosi karę, cierpi na swój sposób, mimo iż z boku wydaje się, że jego nie dotyczą prawidła sprawiedliwości i cierpienia. Nie jest tak na pewno. Wszechświat go rozlicza, prawa sprawiedliwości go rozliczają, a jeśli nawet nie, to stanie się to w bliższej lub dalszej przyszłości, nieraz w postaci której najmniej się grzesznik spodziewa.

Natomiast temat cierpienia i jego przyczyn na pewno nie zamyka się wyłącznie w konsekwencji grzechu. Jaki grzech popełniło dziecko które urodziło się z jakąś potworną, ciężką chorobą, która skazuje je na życie w bólu od pierwszych sekund istnienia aż do ostatniego tchnienia? Poza tym wszyscy znamy przypadki, gdzie jakaś wielka tragedia spada na osobę, o której wiemy, że jest krystalicznie czysta: miła, uczynna, pomocna, dobra, pobożna i pozytywna. Muchy by nie skrzywdziła, grzechy rzadko popełnia. A mimo to nie jest to gwarantem życia bez cierpienia. Każdy z nas zna takie historie. Dlaczego taka osoba cierpi? Możemy tylko rozważać powody takiego stanu rzeczy, ale możemy z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że na pewno cierpienie takiej osoby to nie wynik popełnionych przez nią grzechów. Przyczyna może być inna, lub też może nie być jej wcale. Należy bowiem dopuścić myśl, że pewne rzeczy po prostu się dzieją, nie wszystko musi mieć przyczynę. Choć to myśl przerażająca, bo chcemy mieć świat uporządkowany, poczucie kontroli, gdzie jak coś się wydarza, to jest konsekwencją naszego działania. Wszak nawet aby wygrać na loterii, trzeba najpierw kupić los, a więc podjąć jakieś działanie.

Osobiście dużo czasu poświęcam na rozważania o przyczynach zdarzeń które nam się przytrafiają w życiu, zarówno pozytywnych jak i negatywnych, może napiszę o tym jeszcze kilka tekstów. Na ten moment po prostu przyjmuję, że my – ludzie – po prostu znamy zaledwie ułamek procenta prawideł jakie kierują tym światem. Nie znamy zakresu naszej wolnej woli, nie znamy zakresu ingerencji sił boskich w zdarzenia na ziemi, nie znamy zasad działania wielkiego mechanizmu istnienia i rzeczywistości którego każdy z nas jest zaledwie małym trybikiem i ma swoją rolę do odegrania. Wszyscy jesteśmy skupieni na unikaniu zagrożeń i cierpień, na polepszeniu losu swojego i swoich bliskich. To postawa zrozumiała, ale należy pamiętać, że choć byśmy się nie wiem jak starali, cierpienie wcześniej czy później przyjdzie. Każdy ma swoją pulę złych dni w życiu, każdy ma swoją pulę tragedii, każdy ma swoja pulę strat. Módlmy się jedynie, żeby nasze cierpienia były przez nas do udźwignięcia, a nie złamały nas jak zapałkę, bo rzeczywistość ma tą siłę. Co prawda Bóg raczej nie będzie interweniował w sytuację każdego z miliardów ludzi indywidualnie, ale i tak warto prosić go o mądrość i siłę, niezbędne do poradzenia sobie z cierpieniem. Oczywiście mówię tutaj trochę z niezbyt mi chwalebnego kunktatorskiego punktu widzenia – szukania korzyści z kontaktów z Bogiem. Ale pamiętajmy, że obcowanie z Bogiem jest dla naszej duszy, dla naszego jestestwa, dla naszego ziemskiego bytu samą jedną wielką korzyścią, i nie ma co tutaj owijać w bawełnę i wstydzić się tego. Obcowanie z Bogiem, relacja z nim, daje nam znacznie wyższy poziom funkcjonowania na tym świecie, niż ludziom pozbawionym tej relacji. Módlmy się do Boga o pomoc w poradzeniu sobie z cierpieniem, przepraszajmy i wyrażajmy skruchę gdy wiemy, że zawiniliśmy. I starajmy się z całych sił nie złorzeczyć, nie odwracać się od Boga w przypadku cierpienia którego nie rozumiemy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *