Święty Ziemi Kłodzkiej ks. Gerhard Hirschfelder 1907-1942

Gerhard Hirschfelder o cierpieniu cz.1

0

Chrześcijaństwo powinno nie tylko umacniać się przez modlitwę, czy przyjmowanie sakramentów, ale też pokazywać swoją siłę w najtrudniejszej godzinie życia – w cierpieniu. Nie na darmo określamy eucharystię mianem „pamiątki Jego męki”. Czyli oznacza to dla nas również sakrement umacniania się w cierpieniu. Nie odmawiamy Drogi Krzyżowej po to, żeby uwolnić się od cierpienia czy od krzyża, ale po to, żeby je cierpliwie znosić. A i czas postu oznacza czas umacniania się w cierpieniu.

Według błogosławionego księdza Gerharda Hirschfeldera, chrześcijanin powinien umacniać swoją wiarę poprzez cierpienie. Dziwnie to brzmi? Bardzo. Sam długo tego nie mogłem zrozumieć, bo jakże to, czy życie chrześcijanina ma być cierpieniem? Niedorzeczność! Czyżby Bóg chciał, żebyśmy cierpieli? Nie wierzę. Oczywiście nie o to chodzi. Niemniej oczywistością jest, że cierpienie podczas życia doczesnego spada na każdego z nas! Nieważne czy ktoś jest bogaty, czy biedny, młody czy stary. Każdy ma dobry czas i zły czas w swoim życiu. Oczywiście, los nierówno rozdaje cierpienie. Jednym przychodzi w spokoju przeżyć swoje życie, a ich cierpienia wydają się stosunkowo niewielkie: stracili kogoś bliskiego – co, o ile nie jest to śmierć przedwczesna i w mękach, jest naturalną koleją losu, albo mieli złamane serce – co oczywiście jest tragedią, ale czas zalecza każdą z takich ran. Obiektywnie Ci ludzie oczywiście doświadczyli w życiu cierpienia w dość ograniczonej formie, ale przecież każdy z nas jest zakładnikiem własnych przeżyć i doświadczeń. Więc dla nich – z racji tego, że nie przeżyli niczego gorszego – są to cierpienia poważne. Inni ludzie, doświadczają naprawdę potężnych cierpień w swoim życiu. Tak jak na przykład ks. Gerhard Hirschfelder, niewinnie wtrącony do więzienia, a następnie do obozu koncentracyjnego, gdzie zmarł. To jedno z najgorszych zdarzeń, jakie może spotkać człowieka – niewinnie pozbawiony wolności i to dodatkowo w obozie koncentracyjnym gdzie warunki były jak z horroru. Inni doświadczają szalenie ciężkich chorób, czy to własnych, czy swoich najbliższych. Jeszcze inni tracą wszystko w wyniku wypadku, pożaru, klęski. Można wymieniać długo. Pewne jest jedno. Cierpienie w naszym życiu jest, a jeśli go nie ma, to będzie. Taka jest natura świata, i możemy jedynie modlić się do Boga, aby nasze cierpienie gdy nadejdzie było dla nas do udźwignięcia. Oczywiście nie mam zamiaru wpędzać tutaj nikogo w jakieś lęki. Sam je znam, że jak jest „za dobrze”, to człowiek się ogląda przez ramię, zastanawiając się, co się wkrótce wydarzy, bo bez wątpienia nie może iść tak dobrze cały czas. Ale są pewne prawidła naszego istnienia, których do końca nie rozumiemy. I jednym z nich jest właśnie to, że w życiu każdego występuje cierpienie. A może swoje już masz za sobą? Może innego już nie będzie? Tego Ci życzę drogi czytelniku.

„Nie odmawiamy Drogi Krzyżowej po to, żeby uwolnić się od cierpienia czy od krzyża (..)” – pisze ksiądz Gerhard Hirschfelder. To jest ciekawe stwierdzenie, ponieważ wyraźnie rozróżnia czym jest cierpienie od krzyża. Zwykło się mówić, że „każdy musi nieść swój własny krzyż”. I to jest prawda. Krzyż jest czymś, jakąś niedogodnością, jakąś przykrością, czymś co wolelibyśmy żeby nie miało miejsca – a co musimy znosić na co dzień. Cierpienie się zdarza, choć może trwać długo. A krzyż jest albo permanentny, albo bardzo długo trzeba go nieść. Są ludzie którzy urodzili się z jakąś cielesną ułomnością. Na przykład nie mają nogi. Muszą z tym żyć, przywyknąć, zaakceptować tą niedogodność. Muszą nieść swój krzyż. Są ludzie którym rodzi się dziecko z nieuleczalną chorobą, jak na przykład zespół downa, albo porażenie mózgowe. To nie jest tylko cierpienie, to jest krzyż, na całe lata, może dekady. Ktoś jest chorobliwie nieśmiały i nie może tego przełamać, co wpływa na całe jego życie. Ktoś inny jest sierotą od dziecka. To są krzyże, które nosimy. Oczywiście nie są one na całe życie, a przynajmniej nie zawsze. Jezus też nie niósł swojego krzyża całe życie, przynajmniej nie ten fizyczny – metaforyczne krzyże nosił całe życie. Każdy ma swój krzyż. Każdy ma jakąś niedogodność, fizyczną, psychiczną, duchową z którą musi żyć. To jest właśnie krzyż – nasz towarzysz życia, którego pozbyć się jest naprawdę ciężko. A gdy to zrobimy – bo nieraz krzyża znika – dostajemy nowy. Nikt nie żyje wolny od trosk. Nikt nie żyje bez zmartwienia czy niedogodności. Każdy ma swój krzyż. Szczęśliwi Ci, których krzyż jest obiektywnie lekki.

Błogosławiony ks. Gerhard Hirschfelder pisze, że cierpienie i krzyż należy cierpliwie znosić. Trudne to do zaakceptowania, trudna to droga chrześcijanina. Ale może nie idźmy w ekstremizm. Jeżeli Cię spotka naprawdę duże cierpienie, jeżeli Twój krzyż jest naprawdę ciężki, masz wszelkie prawo, żeby sobie ponarzekać, czasem w duchu przeklnąć, zapłakać nad swoim losem, szukać pocieszenia. Według mnie, bardziej chodzi o staranie się zrozumieć, że to cierpienie ma sens. Oczywiście nie zawsze ten sens rozumiemy.

Sensem może być to, że nasze cierpienie jest efektem naszych grzechów, czy złych uczynków. Często tak jest. I nie chodzi bynajmniej o boską karę. Osoba która całe dekady paliła papierosy z pełną świadomością że to szkodzi zdrowiu – grzeszy. I dodatkowo nie przestając, nie reflektując się, nie nawracając się – pogrąża się jeszcze bardziej. Bóg daje ostrzeżenia, osoba zapada na jedno zapalenie płuc, dostaje kaszlu palacza, ma słabą kondycję, za wysokie ciśnienie. Raz po raz dostaje żółtą kartę. Ale lekceważy. W końcu przychodzi ciężka choroba – rak płuca. Jest to naturalna reakcja na nasz grzech, na uporczywe niszczenie swojego ciała pomimo ostrzeżeń, sygnałów, i wiedzy, że robi się źle. To cierpienie ma sens, choć się na to nie zgadzamy wewnętrznie. Dlaczego ja? Przecież ten czy tamten pali więcej i dłużej, a nie zachorował, dlaczego ja? To niesprawiedliwe.

Sens może być dla nas na pierwszy rzut oka nieznany. Czasami bez swojego krzyża nie stalibyśmy się osobami, którymi się staliśmy. A Bóg chciał, żebyśmy byli właśnie tacy. Czasami sens jest całkowicie dla nas niezrozumiały, ale jest zrozumiały dla Boga, bo tylko z danym cierpieniem jesteśmy puzzlem który pasuje do ogromnej układanki którą Bóg układa. W cierpliwym znoszeniu cierpienia i krzyża nie chodzi o to, żeby nie starać się polepszyć swojego położenia i chodzić uśmiechniętym pomimo że jest ciężko. Chodzi o to, żeby nie obwiniać Boga i nie odwracać się od nie go, pomimo cierpienia i krzyża, pomimo często poczucia niesprawiedliwości. Jest to ekstremalnie trudne i wymaga niesamowitego rozwoju duchowego. I znacznie jest łatwiej napisać o tym, niż w praktyce się tak zachować. Obyśmy nie musieli nigdy być takiej próbie wiary poddani. Ale tak właśnie rozumiem słowa ks. Gerharda Hirschfeldera.

Sam ksiądz Hirschfelder pokornie przyjął swoje cierpienie w postaci uwięzienia. Ba, wspiął się na poziom dla mnie niewyobrażalny, wręcz dziękując Bogu za możliwość doświadczenia tego cierpienia. To niesamowite i godne podziwu, jak błogosławiony Gerhard Hirschfelder opisywał i traktował swoją gehennę. Jak sam jednak powiedział, w życiu wiecznym, a więc po zakończeniu życia doczesnego, najbardziej będziemy dziękować Bogu za cierpienia na Ziemi. W jego przypadku to nie były puste słowa, naprawdę w to wierzył, stąd zapewne jego godność w znoszeniu swojego cierpienia i niesprawiedliwości która go spotkała.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *